Gorgany 22-26 czerwca 2011 r.

Wpis dodany: Lipiec 18th, 2011 przez Monika

G O R G A N Y   22-26 czerwca 2011 r.

Nie możemy wyświetlić tej galerii.

Wyjazd rozpoczynamy z dworca PKS w Lublinie z prawie godzinnym opóźnieniem, planowany odjazd autobusu był o 21.50. Jedziemy w stronę granicy, do Hrebennego (bilet do Stanisławowa 60 zł). Na granicy stoimy ok. 4 godzin do wschodu słońca czekając na odprawę paszportową, a potem na pasażerów na gapę, których niefrasobliwy kierowca ukraiński zabrał w Warszawie nie zważając na to, że przecież 5 osób dosiada się w Lublinie i ma już zakupione bilety. Skutkowało to tym, że osoby bez biletów musiały wysiąść przed granicą, szukać jakichś życzliwych pobratyńców, którzy przewiozą ich przez granicę i dołączyć znowu do autobusu, gdzie przecież zostały ich bagaże. Po godz. 4 z nadkompletem pasażerów ruszamy objazdem Lwowa od zachodu.

W Haliczu wracamy na normalną trasę do Stanisławowa , gdzie docieramy po godz. 8, jest słonecznie i gorąco już od rana . Postanawiamy od razu kupić bilety powrotne na niedzielę i mamy bardzo niemiłą niespodziankę – kasa międzynarodowa ma już wszystkie bilety do Lublina sprzedane, a to oznacza tylko jedno: problemy z powrotem w niedzielę. Każdy z nas musi być w poniedziałek w pracy, więc już wiemy, że wyjazd ulega niestety skróceniu. Na razie jednak przed nami zadanie jak najszybciej dotrzeć w góry. Szukamy połączeń do Rafajłowej albo do Osmołody, ale jeszcze szybciej znajduje nas szofer busa, który na stałe jeździ do Kołomyi i proponuje, że zawiezie nas do Rafajłowej, od głowy za 60 hrywien. Na granicy zmarnowaliśmy już tyle czasu, że decydujemy się nie czekać na kursową marszrutkę tylko korzystamy z propozycji i jedziemy. Za Nadwórną  ostatnie 30 km to już slalom gigant, droga jak poligon po bombardowaniu. Na miejscu nasz szofer podaje nam nową lepszą cenę 80 hrywien od osoby, po małym spięciu dostaje 70, szkoda nam czasu na kłótnie z nim. Z centrum wsi ruszamy po godz. 11, przez nowe mosty na Bystrzycy, ale zaraz nad potokiem przy cerkwi robimy przerwę na pierwsze śniadanie, moczenie nóg, kilka zdjęć. Jest parno i gorąco.

Po drodze zwiedzamy legionowy kościół i groby legionistów w wysokiej trawie, w kościele widać zmiany od ostatniego naszego  pobytu, został położony nowy bardzo świecący blaszany dach, zupełnie jak w tutejszych cerkwiach.

Przy ujściu Rafajłowca do Bystrzycy skręcamy w prawo na zachód i doliną potoku pniemy się łagodnie w stronę przełęczy Legionów, kończy się wieś, dalej monotonnie przez las do rozległej połoniny na przełęczy, gdzie docieramy już po godz. 17. Po chwili mamy gościa, a właściwie gospodarza przełęczy, który na początek dał nam krótki  huculski koncert na akordeonie i obiecał świeży ser na śniadanie. Przyjemny czas spędzony na słuchaniu muzyki i planowaniu, gdzie rozbijemy namioty zostaje przerwany przez pomruki nadchodzącej burzy. Korzystamy z tego, że legioniści pozostawili na przełęczy okopy i chowamy się w nich, w tym czasie nad nami rozpętuje się piekło:deszcz, momentami grad, a pioruny walą dookoła i tak przez ponad dwie godziny. Wieczorem wreszcie stawiamy namioty, każdy coś pichci na kuchenkach i można udać się na upragniony spoczynek.

Noc najkrótsza w roku z racji kalendarza , ale i porannej burzy, która przyszła o godz. 5, od strony dol. Turbatu. Trwała krótko i od godz. 6 mamy słońce, na śniadanie kupujemy 2 kg bundza, za którego płacimy hucułowi 120 hrywien. Suszymy i zwijamy namioty. Około godz. 11 ruszamy obok krzyża legionowego w dalszą drogę, idziemy szlakiem starej granicy polsko-czechosłowackiej. W orientacji w terenie pomagają dawne słupki graniczne ale i niebieskie znaki na drzewach. Początkowo jest dość łagodnie, ale końcowy odcinek dojścia do grzbietu Taupiszyrki staje się bardziej stromy i niestety robi się na dobre pochmurno. Na samym końcu podejścia jest kosówka i mamy niespodziankę: nie ma już przedzierania się przez kosówkę, została wycięta na szlaku ułatwiając turystom przejście. Spotyka się to z uznaniem części naszej grupy, inni wracają wspomnieniami do wcześniejszych wyjazdów, gdzie przejście przez kosówkę to był test na wytrzymałość. Grzbietem przez rezerwat Taupiszyrki idziemy blisko dwie godziny do siodła  Perenys 1210 m n.p.m., a przy okazji przelotnego deszczu jest to dobre miejsce na drugie śniadanie. Do końca zaplanowanej na dziś trasy mamy przejście wierzchołka Ruszczyny 1465 m n.p.m., widokowe urwisko Piekło i krótkie zejście na połoninę Ruszczynę, rozrzuconą pod masywem Małej Sywuli. Na miejscu jesteśmy ok. godz. 17, jest dobre źródło wody, niska trawa pod namioty, miejsce na ognisko i tylko te śmieci kładą się cieniem na idealne miejsce biwakowe. Do zmroku palimy ognisko, żeby odstraszyć muchy dotkliwie nas gryzące i przyglądamy się wolno pasącym się koniom huculskim, które bez obaw chodzą obok naszych namiotów, przyzwyczajone do obecności turystów. W nocy budzi nas deszcz, który pada nieprzerwanie do rana. Z wejścia na Sywulę rezygnujemy, czas wracać, wykorzystujemy chwilową przerwę w padaniu i zwijamy mokry obóz. Najkrótszą drogą doliną potoku Bystrzycy Sołotwińskiej idziemy do Starej Huty. Kilka razy mamy ulewny deszcz, ale i świeci słońce. Dolina jest warta powrotu, koniecznie trzeba dokładnie przyjrzeć się skalnym urwiskom nad potokiem i zdziczałym łąkom po obu stronach drogi.

Stara Huta wita nas deszczem, tak więc nie zwiedzamy miejscowości poza lokalnym sklepikiem, zresztą po pół godzinie ok. 16.30 mamy busa do Stanisławowa (cena biletu 13 hr). Szybko udaje nam się znaleźć połączenie do Lwowa (bilet 35 hr), ale jedzie aż 4 godziny. Docieramy na dworzec kolejowy, na którym koczujemy do rana. Rano autobusem miejskim nr 18 jedziemy na dworzec autobusowy i okazuje się, że pech prześladuje nas na tym wyjeździe, ponieważ przed nosem kończą się ostatnie bilety do Lublina (60hr) na ranny kurs o godz. 8. Kupujemy więc bilety na godz. 14, a wolny czas wykorzystujemy na zakupy, podsuszenie namiotów i odespanie ostatniej nocy na zielonej trawie. Jazda do Lublina trwa prawie 8 godzin, w tym prawie trzy na granicy. W wyjeździe udział wzięli: Stanisław Cz., Ula K., Agnieszka O., Kasia S., Ania S., Monika Sz., Darek Sz., Maria W. i Adrianna W.

Poinformuj znajomych:

  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Śledzik
  • Blip
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych
  • Gadu-Gadu Live
  • Wykop
  • Grono.net
  • PDF
  • Ulubione
  • Drukuj

Comments are closed.

©2020 Klub Górski "Koliba" by webnarts.pl - Paweł Czarnopyś.